Andrzej Bartkowski, Prezes MCC Mazurkas Hotel & Conference Centre: Bez ryzyka nie ma prawdziwego rozwoju

Andrzej Bartkowski, Prezes MCC Mazurkas Hotel & Conference Centre: Bez ryzyka nie ma prawdziwego rozwoju

25 lat na rynku to w polskich realiach biznesowych cała epoka. Kiedy patrzy Pan dziś na Mazurkas, widzi Pan przede wszystkim precyzyjnie skalkulowany biznes czy żywy organizm? I co w tym wszystkim jest dla Pana osobistym eliksirem zdrowia i energii?

Postrzegam Mazurkas jako żywy organizm, który w niezwykle czuły sposób reaguje na wszystkie bodźce i zmieniające się warunki. Nasza branża przechodziła przez różne okresy. Bywały lata obfitości, ale bywają też chwile, gdy jedno wydarzenie potrafi całkowicie zmienić uwarunkowania na rynku turystyki przyjazdowej. Tak stało się po wybuchu wojny w Ukrainie. Przed wojną nasze biuro turystyczne zatrudniało około stu osób. Dziś musieliśmy ograniczyć ten zespół do dwudziestu kilku, ponieważ cudzoziemcy obawiają się przyjazdów do Warszawy. Tłumaczą to najczęściej wojną, która toczy się za naszą granicą. Międzynarodowe kongresy, gromadzące po kilka tysięcy uczestników, planuje się z kilkuletnim wyprzedzeniem. Nikt nie chce ryzykować takiego wydarzenia w regionie, który w oczach świata uchodzi za politycznie niepewny. Cierpią na tym warszawskie hotele, w tym również nasz, położony na obrzeżach stolicy.

A co jest moim eliksirem energii? Z pewnością miłość do turystyki. Nie narzekam na zawirowania, bo ciągłe dostosowywanie się do nowych realiów jest w tym biznesie najbardziej fascynujące. Dzięki temu nasz profil tak ewoluował przez 36 lat obecności na rynku. Zaczynaliśmy od biura podróży przyjazdowego, potem doszła turystyka wyjazdowa, wyjazdy incentive, własny luksusowy transport autokarowy, a wreszcie hotel i ogromne centrum konferencyjne. To była niesamowita droga. Dzielę ją z moim wspólnikiem, z którym przyjaźnimy się od 50 lat, a od 36 prowadzimy wspólnie firmę. Każdemu życzę takiej przygody, jaką razem przeżyliśmy w branży turystycznej.

Dziś korporacje wydają miliony na marketingowe hasła o „autentyczności”, a Pan kulturę i relacje budował od zera 25 lat temu. Czy prawdziwego charakteru firmy można się nauczyć z podręczników, czy to po prostu kwestia kręgosłupa lidera?

Budowanie firmy na tym, co jest człowiekowi naprawdę bliskie, rodzi autentyczność, której nie da się później sztucznie dopisać w strategii marketingowej. Ja od zawsze kochałem teatr, muzykę i sztukę. Naturalnie potrzebowałem z nimi stałego kontaktu i myślę, że właśnie na tych fundamentach w dużej mierze powstał Mazurkas. Kiedy lider opiera biznes na własnych wartościach, kultura organizacyjna nie jest narzucona z zewnątrz. Ona tworzy się naturalnie.

Uważam, że prawdziwego charakteru firmy nie da się w pełni zaczerpnąć z podręczników. Można go jednak w sobie obudzić, jeśli zrobi się pierwszy krok. Często rozmawiam z przedsiębiorcami i namawiam ich do wspierania wyższych wartości. Wielu z nich po prostu nie wie, jak zacząć. A przecież każdą dobrze prosperującą firmę stać na to, by wesprzeć kulturę, sport czy zdolną młodzież. Nie zawsze muszą to być wielkie gesty. Czasem najważniejsze jest otwarcie się na myśl, że biznes może zostawić po sobie coś więcej niż tylko wynik finansowy.

Dziś wiem, że autentyczność to nie hasło ani deklaracja. To szczera potrzeba ofiarowania części siebie innym. Jeżeli firma dojrzewa razem z człowiekiem, w pewnym momencie chce już nie tylko zarabiać, ale także dawać: kulturze, ludziom, młodym talentom, wspólnocie, z której sama wyrosła.

Gdyby zderzyć ze sobą dwa światy: wyzwania z początku Pana drogi i te dzisiejsze – co było trudniejsze? Walka w realiach raczkującego kapitalizmu czy nawigowanie w dzisiejszym cyfrowym chaosie i niepewności rynkowej?

Powiem szczerze: łatwo nie było nigdy. Kiedy w 1990 roku zakładaliśmy biuro, mieliśmy już ponad dwudziestoletnie doświadczenie zdobyte w Orbisie. Byliśmy zawodowymi pilotami, znaliśmy turystykę od środka – ja jeździłem z Francuzami po Polsce i z Polakami za granicę. Wydawało nam się, że rozkręcenie własnego biznesu będzie przysłowiową bułką z masłem. Rzeczywistość szybko pokazała nam, że doświadczenie to jedno, a zbudowanie zaufania do własnej marki od zera to zupełnie inna sprawa. Zagraniczni organizatorzy turystyki, nawet ci, którzy doskonale nas znali, nie mieli odwagi postawić na nową firmę. Woleli zostać przy sprawdzonych, dużych partnerach. A my nie byliśmy już państwowym Orbisem. Byliśmy po prostu Andrzejem Bartkowskim i Andrzejem Hulewiczem. Mieliśmy wiedzę, kontakty i determinację, ale musieliśmy udowodnić światu, że za naszymi nazwiskami stoi jakość i słowo, któremu można zaufać.

Działaliśmy krok po kroku. Najpierw wysyłaliśmy oferty, potem zaczęliśmy sprowadzać najważniejszych zagranicznych partnerów do Polski całkowicie na własny koszt. Opłacaliśmy im bilety lotnicze, hotele, bankiety i profesjonalne zwiedzanie. Chcieliśmy, żeby zobaczyli Polskę na własne oczy, poczuli jej atmosferę i przekonali się, że potrafimy zorganizować wszystko na najwyższym poziomie. Dopiero wtedy machina naprawdę ruszyła.

Dziś wyzwania są innej natury, ale ich ciężar bywa podobny. Pandemia przerzedziła branżę na całym świecie – upadło wiele biur, odeszli pracownicy, a sieć kontaktów musimy dziś de facto budować na nowo. Nie traktuję jednak trudności wyłącznie jako przeszkody. One bolą, kosztują i wystawiają człowieka na próbę, ale zmuszają też do twórczego działania. Mazurkas od początku rozwijał się dlatego, że nie baliśmy się nowych sytuacji, tylko szukaliśmy w nich kolejnej drogi.

Przeżyliście kryzysy finansowe i całkowite zamrożenie branży w pandemii. Gdyby miał Pan wskazać ten jeden, najbardziej graniczny moment, w którym ryzyko utraty wszystkiego było realne – co to było i jaka decyzja uratowała firmę?

Bezsprzecznie była to pandemia – wtedy runęło dosłownie wszystko. Turystyka zagraniczna zniknęła z dnia na dzień, hotele stały puste, dziesiątki naszych autokarów nie wyjeżdżało w trasy. Firma, która przez lata była żywym, pracującym organizmem, nagle została niemal całkowicie zatrzymana. A przy zatrudnieniu rzędu 150–200 osób koszty stałe są gigantyczne. Żeby utrzymać płynność finansową i zapewnić byt załodze, przeznaczyliśmy w zasadzie wszystkie oszczędności, jakie firma zgromadziła przez blisko 30 lat. Mimo dotacji państwowych konta całkowicie opustoszały.

To był moment naprawdę graniczny. Zastanawialiśmy się nawet nad sprzedażą hotelu, ale nikt nie kupi potężnego, zamkniętego obiektu w samym środku pandemii. Nie chcieliśmy też zwalniać ludzi – przede wszystkim dlatego, że to fantastyczny zespół, który przez lata współtworzył z nami Mazurkasa, a po drugie dlatego, że same odprawy byłyby astronomicznym kosztem.

Uratowała nas determinacja. Zdecydowaliśmy, że trzymamy gardę do końca, nie rezygnujemy i czekamy na rozwój wydarzeń, wierząc, że ten koszmar kiedyś minie. I minął. Choć trzeba obiektywnie przyznać, że turystyka przyjazdowa do Warszawy wciąż nie wróciła do poziomu sprzed COVID-u. Przed pandemią na Krakowskim Przedmieściu słychać było języki z całego świata. Dziś ten ruch ożył w Krakowie, ale w Warszawie wciąż jest mocno ograniczony.

Mecenat sztuki i Forum Humanum brzmią pięknie, ale biznes musi się spinać w Excelu. Jak przez te lata przekonywał Pan partnerów i… samego siebie, że inwestycja w kulturę wysoką to nie zbędny koszt, ale dźwignia biznesu?

Kultura była wpisana w DNA Mazurkasa od samego początku. Sama nazwa „Mazurkas” pochodzi przecież od mazurków Chopina, więc ta muzyczna i artystyczna nuta towarzyszyła nam właściwie od pierwszego dnia. Zaczynaliśmy od sprowadzania do Polski zagranicznych turystów – ze Szwajcarii, Francji, Niemiec, Hiszpanii czy Stanów Zjednoczonych. Pokazywaliśmy im Polskę nie tylko przez zabytki i krajobrazy, ale przede wszystkim przez jej ducha: operę, koncerty w zamkach, spotkania z dyrektorami teatrów, solistami, ludźmi kultury.

Przez lata kultura była ważną częścią naszej pracy turystycznej. Ale w pewnym momencie zrozumiałem, że sztuka nie może pozostać wyłącznie elementem programu dla gości. Dlatego 14 lat temu podjęliśmy z moim wspólnikiem decyzję, by stać się pełnoprawnym mecenasem sztuki i oddzielić tę sferę od czystej komercji.

Mieliśmy do tego naturalne warunki: ogromne zaplecze hotelowo-konferencyjne w Ożarowie Mazowieckim, sale, scenę, ludzi i doświadczenie organizacyjne. Stworzyliśmy więc pro publico bono cykl Forum Humanum Mazurkas. Dziś na nasze bezpłatne wydarzenia przychodzi po 800 osób. Występują wielkie orkiestry symfoniczne, wybitni artyści, ludzie, którzy sami są częścią historii polskiej kultury – Krzysztof Zanussi, Jerzy Hoffman, Krzysztof Penderecki, Bernard Ładysz, a ostatnio światowej sławy malarz Rafał Olbiński.

Kiedyś ktoś bardzo trafnie powiedział o naszych działaniach: „kultura sama się nie obroni”. I ja głęboko w to wierzę. Sztuka wysoka rzadko bywa w pełni rentowna. Często przegrywa z czystą komercją, bo jest trudniejsza, bardziej wymagająca, mniej natychmiastowa. Właśnie dlatego potrzebuje mecenasa.

Dla mnie organizowanie wybitnych wydarzeń dla osób, których być może nie stać na bilet do opery czy filharmonii, jest jedną z największych satysfakcji, jakie dał mi biznes.

Czego Andrzej Bartkowski dowiedział się o sobie jako liderze i człowieku przez te 25 lat? Jak zmieniło się Pana przywództwo i czego żałuje Pan, że nie wiedział na samym początku?

Dowiedziałem się, że ostatecznie to właśnie mecenat i dzielenie się z innymi są jedną z największych przygód mojego życia. Przez lata twardy biznes, negocjacje, inwestycje i praca komercyjna dawały mi ogromną adrenalinę. Ale dopiero kultura dała mi taki rodzaj satysfakcji, którego nie da się porównać z żadnym kolejnym sukcesem zapisanym w tabeli.

Czasem mam poczucie, że los obdarzył mnie drogą zawodową tak atrakcyjną, że trudno za nią nie być wdzięcznym. Przeżyłem w biznesie rzeczy trudne, piękne, ryzykowne i nieprzewidywalne. Może właśnie dlatego z czasem człowiek zaczyna rozumieć, że największą wartością nie jest już tylko to, co zbudował dla siebie, lecz także to, czym może się podzielić z innymi.

To absolutnie nie oznacza, że codzienna praca przestała mnie cieszyć. Przeciwnie. Nasz obiekt to tętniące życiem centrum, w którym każdego dnia odbywa się swoisty spektakl. Przez Mazurkasa przewija się niezwykły przekrój społeczeństwa: rolnicy, kosmetolodzy, inżynierowie budujący drogi, pedagodzy, naukowcy, przedstawiciele wielkich firm i mniejszych środowisk zawodowych. Każda grupa ma swoją energię, potrzeby i rytm. Każda wymaga innej oprawy i wyczucia.

Czytają Pana młodzi menedżerowie żyjący w świecie algorytmów i presji na natychmiastowy zysk. Jak brzmi Pana jedna, najważniejsza rada dla nich na zbudowanie marki, która przetrwa pokolenia?

Rada jest prosta: miejcie odwagę tworzyć i nie bójcie się ryzyka. Bez ryzyka nie ma prawdziwego rozwoju.

Kiedy patrzę na rynek, widzę wiele firm, które w pewnym momencie stanęły w miejscu. Są na przykład małe, rodzinne biura podróży, które od 40 lat zatrudniają te same 6 czy 7 osób. To ma swój urok, jak tradycyjny zakład krawiecki przekazywany z ojca na syna. Pracują w nim 2–3 osoby, szyją garnitury na miarę, znają klientów, ale nigdy nie podejmują ryzyka, żeby zbudować prawdziwą fabrykę. A przecież dopiero wtedy zaczyna się inna skala odpowiedzialności, możliwości i przygody.

W Mazurkasie zbudowaliśmy firmę dlatego, że nie baliśmy się dokładać kolejnych cegieł. Gdy coś nie szło w jednym obszarze, szukaliśmy następnego. Jeśli turystyka wyjazdowa nie dawała nam wystarczającego oparcia, inwestowaliśmy w transport. Gdy kryzys zmusił nas do porzucenia jednych planów inwestycyjnych, zmieniliśmy front i zaczęliśmy szukać nowych źródeł dochodu. Tak zrodził się pomysł na centrum konferencyjne.

Ta różnorodność rynków i nieustanne poszukiwanie nowych ścieżek wielokrotnie uchroniły nas przed upadkiem. Firma, która ma tylko jedną nogę, łatwo traci równowagę. Biznes, podobnie jak życie, potrzebuje ruchu, odwagi i wiary, że kolejna cegła, którą dziś dokładamy, może kiedyś stać się fundamentem czegoś dużo większego.

Na koniec: gdyby mógł Pan dziś spotkać samego siebie sprzed 25 lat – tego Andrzeja Bartkowskiego, który właśnie przecina wstęgę i otwiera hotel – co by Pan mu powiedział? Ostrzegłby go Pan przed czymś?

Pewnie powiedziałbym mu to samo, co powtarzam każdemu, kto dziś przychodzi do mnie po radę. Ostrzegłbym go, że ta droga wcale nie będzie łatwa. Że przyjdą kryzysy, chwile zwątpienia i momenty, w których człowiek będzie się zastanawiał, czy dobrze zrobił, biorąc na siebie tak wielką odpowiedzialność. Ale jednocześnie powiedziałbym mu, żeby się nie cofał.

Powiedziałbym: bądź konsekwentny, zachowaj pomysłowość i nie trać odwagi. Bierz na siebie ryzyko, rozbudowuj firmę, wprowadzaj nowe pomysły i nie bój się dokładać kolejnych cegieł, nawet jeśli czasem nie będziesz miał pewności, czy wszystko się uda. Bo właśnie z takich decyzji powstaje prawdziwa przedsiębiorcza przygoda.

Dziś wiem, że gdybym wtedy wybrał bezpieczniejszą drogę, być może uniknąłbym wielu nerwów, trudnych nocy i momentów niepewności. Ale straciłbym coś znacznie cenniejszego: możliwość zbudowania firmy, która stała się częścią mojego życia, mojej przyjaźni ze wspólnikiem, mojej pasji do ludzi, turystyki, kultury i tworzenia. Dlatego powiedziałbym temu młodszemu Andrzejowi: będzie ciężko, ale przed tobą najpiękniejsza i najbardziej satysfakcjonująca przygoda, jaką mogłeś sobie wymarzyć.


Andrzej Bartkowski

Polski przedsiębiorca, współzałożyciel nieformalnej Grupy Mazurkas, w skład której wchodzą między innymi działający od 25 lat MCC Mazurkas Conference Centre & Hotel**** w Ożarowie Mazowieckim oraz Mazurkas Catering 360°.  Twórca i mecenas kultury, uhonorowany odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, od lat łączy biznes z promocją sztuki, muzyki i polskiej gościnności.


Przeczytaj także: Jak pasja i odwaga tworzą biznesowy sukces. Wywiad z Maciejem Góralskim założycielem i CEO Vasco Electronics

Last Updated on 15 lipca, 2026 by Anastazja Lach

TAGS