O ochronie miejskiej przyrody ekolodzy i planiści mówią innymi językami. Tracą mieszkańcy

O ochronie miejskiej przyrody ekolodzy i planiści mówią innymi językami. Tracą mieszkańcy

Ekolodzy i planiści przestrzeni miejskiej na ochronę bioróżnorodności patrzą z różnych perspektyw, a ich języki są rozbieżne – wynika z analiz. Współautorka badania dr Magdalena Lenda ostrzega, że brak porozumienia w tym zakresie to strata dla miejskiej przyrody, ale i mieszkańców.

– Postanowiliśmy sprawdzić, jak autorzy prac naukowych – ekolodzy oraz planiści przestrzeni – piszą o bioróżnorodności ptaków i jakie dają rady, by ją poprawiać – mówi PAP badaczka z Instytutu Ochrony Przyrody PAN.

Według dr Lendy do podniesienia różnorodności biologicznej w miastach – a więc zwiększenia bogactwa gatunków – nie wystarczy sama wiedza biologiczna. Potrzebna jest perspektywa planistyczna, bo każdy skrawek miejskiej przestrzeni musi być zaprojektowany tak, by nie szkodzić mieszkańcom i nie utrudniać im życia.

Dr Magdalena Lenda przypomina, że obecność wody i drzew w pobliżu miejsca zamieszkania nie tylko dobrze wpływa na zdrowie, łagodzi fale upałów i chroni przed suszą oraz powodziami, ale i poprawia dobrostan mieszkańców. Elementem bioróżnorodności w miastach są również ptaki. – Badania wskazują, że kontakt z ptakami za oknem czy w ogrodzie poprawia zdrowie psychiczne. Oczywiście to nie zastąpi porady lekarskiej czy farmakoterapii, ale jest świetnym, naturalnym wsparciem – przypomina ekolożka.

Tereny niebieskie i zielone

Ochrony bioróżnorodności dotyczy porozumienie z Kunming-Montreal z 2022 roku. Jest tam m.in. mowa o znaczeniu w miastach terenów zielonych (bogatych w rośliny) oraz niebieskich (wodnych). Zwrócono tam uwagę, że ważny jest równy dostęp ludzi do przyrody. – Chodzi o to, by zielone dachy, parki kieszonkowe czy łatwy dojazd do lasu miejskiego były w zasięgu wszystkich mieszkańców, a nie tylko tych najbogatszych – podsumowuje badaczka zapisy porozumienia.

W ramach analizy badacze wykorzystali narzędzia AI do porównania grup tekstów planistycznych i ekologicznych odnoszących się do realizacji tych celów.

– Szukaliśmy podobieństw i różnic, jeśli chodzi o podejście do bioróżnorodności w mieście. Okazało się, że języki ekologów i planistów kompletnie się mijają. Istnieją dwie zupełnie różne perspektywy i niemal brak obszarów wspólnych. Jedynym spoiwem był ogólny deklarowany cel – ochrona przyrody – opisuje badaczka.

Planiści – jak wynikło z analiz – skupiali się głównie na technicznej realizacji i wykonalności prac. Pisali np. o kosztach, logistyce i o tzw. connectivity, czyli o tym, by tereny zielone były połączone korytarzami i organizmy mogły się pomiędzy nimi bezpiecznie przemieszczać. – Zupełnie jednak pomijali konkretne wymagania siedliskowe gatunków. Ptaki zaś to przecież nie jest jednolicie reagująca masa; to zespół konkretnych gatunków o specyficznych potrzebach. A to struktura wewnętrzna obszarów jest decydująca, jeśli chodzi o to, jak poradzą sobie tam poszczególne gatunki – wskazuje dr Lenda.

Przyrodnicy oferują inne spojrzenie

Ekolodzy i biolodzy z kolei interesowali się innymi aspektami bioróżnorodności. Pisali np. o gatunkach rodzimych i obcych, zwracali uwagę na ruch samochodowy i zanieczyszczenie światłem, jednak kompletnie ignorowali kwestie wykonalności swoich postulatów w realiach żywego miasta. – Proponowali rozwiązania abstrakcyjne, skrajnie restrykcyjne, które w strukturze miejskiej nie mają szans się przyjąć – zwraca uwagę badaczka.

– Co najbardziej uderzające: żadna z tych grup w analizowanych pracach nie pisała o społecznej funkcji terenów zielonych. Obie te grupy pisały o przyrodzie, ale całkowicie pomijały wymiar zdrowia mieszkańców czy problem sprawiedliwości społecznej – czyli zapewnienia równego dostępu do zieleni dla wszystkich, bez względu na zamożność dzielnicy – dodaje.

Zdaniem dr Lendy różnice w stosowanym języku ekologów i planistów przekładają się na konkretne konflikty w terenie. Podała przykład koszenia trawników. Planiści najchętniej kosiliby jak najczęściej, „do gołej ziemi” ze względów estetycznych czy porządkowych. Ekolodzy z kolei alarmują, że po radykalnym koszeniu trawy zwierzęta tracą cień, schronienie i nasiona, które są ich pożywieniem.

Kolejną kością niezgody są tzw. miejskie nieużytki – zarośla, stare sady, opuszczone tereny. Planiści nie widzą w nich sensu, uważają, że wszystko musi być zarządzane przez człowieka. Dla ekologów te dzikie enklawy mają zaś gigantyczną wartość biologiczną.

Perspektywy wzajemnie się uzupełniają

Ekolodzy również widzą jednak tylko jedną stronę medalu. W ich publikacjach – opowiada dr Lenda – nagminnie pojawiają się zalecenia typu: „zamknijmy dany teren całkowicie dla ludzi”. – Ale miasto jest przede wszystkim dla mieszkańców! Jeśli zaczniemy robić tam rezerwaty zamknięte dla ludzi, wywołamy konflikty społeczne – oceniła. Jej zdaniem zamiast zakazów wstępu potrzebne jest mądre planowanie kompromisowe. Jako dobry przykład podała Łąki Modraszkowe w Krakowie. Poprowadzono tam ścieżki przyrodnicze i postawiono tablice edukacyjne. – Ludzie, kiedy dowiadują się, dlaczego nie powinni schodzić z tras, w ogromnej większości szanują te zasady – ocenia.

Badaczka opowiada, że kiedy pracowała w Australii ekolodzy zapraszali na spotkania do uczelni architektów, planistów i polityków, i w nieformalnej atosferze omawiali wspólne spojrzenie na wyzwania w ochronie przyrody. Jej zdaniem w Polsce brakuje takich platform porozumienia.

– Jesteśmy na początku drogi, ale nasze badania jasno pokazują kierunek: jeśli nie znajdziemy wspólnego słownika i jako eksperci nie wyjdziemy z własnych baniek, ochrona miejskiej przyrody pozostanie jedynie martwym zapisem w międzynarodowych traktatach – zwraca uwagę.

Przeczytaj także: Biznes coraz mocniej angażuje się w ochronę przyrody. PGE przeznaczy w tym roku prawie 4 mln zł na projekty środowiskowe


Źródło: naukawpolsce.pap.pl

Last Updated on 15 lipca, 2026 by Krzysztof Kotlarski

Udostępnij
TAGS